POŻAR PUSZCZY

POŻAR PUSZCZY NOTECKIEJ
10 SIERPNIA 1992 ROKU

Pisząc to posiłkowałem się zapiskami, które poczyniłem po tym zdarzeniu. Myślę więc, że dość wiernie odtworzyłem wydarzenia tych dni. Wszelkie refleksje i przemyślenia są wyłącznie moimi odczuciami.

Dnia 10 sierpnia o godz. 16,40 otrzymaliśmy zgłoszenie o pożarze nasypu kolejowego między Miałami a Drawskim Młynem. Wyjechaliśmy natychmiast, bowiem 10 minut wcześniej wróciliśmy z pożaru z Wielenia Płd. Palił się również nasyp kolejowy. Gdy wyjechaliśmy z Wielenia w kierunku Drawskiego Młyna ujrzeliśmy słup dymu, byliśmy już pewni że pali się las i to na dużym obszarze. Nasze przypuszczenia się potwierdziły bo w eterze zrobił sie mętlik i posypały się meldunki i prośby o pomoc.

Podjęliśmy działania w rejonie nastawni PKP. Początkowo próbowaliśmy odciąć część lasu od ściany ognia, ale rota która działała w tym miejscu została otoczona przez ogień i musieliśmy przerwać działania. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, ściółka miała tylko 7% wilgotności. Byliśmy drugą lub trzecią jednostką która podjęła działania w samym zarzewiu ognia. Leśnicy około godz. 17 oceniali że pali się kilkaset hektarów lasu. Zajęliśmy się obroną budynku mieszkalnego przy nastawni.

Następnie skierowano nas na skrzyżowanie dróg Zawada- Dr Młyn- Piłka. Straciliśmy już rachubę czasu, paliły sie korony drzew, ogień przemieszczał się kilka razy przez to samo miejsce. Działało już coraz więcej jednostek, niestety w stosunku do potrzeb było to za mało. Po obronie skrzyżowania ważnego dla komunikacji skierowano nas do miejscowości Zawada. Są tam stawy rybne i na ich bazie zorganizowano obronę. Wszyscy ludzie mieli na twarzach chusty. Dym był niczym gęsta mgła. Kilka motopomp pracowało bez ustanku, dolewano tylko paliwo. Broniono budynków mieszkalnych co zakończyło się sukcesem. Niestety spłoną samochód z OSP Rosko. Kierowca z objawami zaczadzenia został przewieziony da szpitala.

Następny rozkaz kierował nas do Potrzebowic. Zagrożona cała miejscowość. Budynki nadleśnictwa, magazyny, skład paliwa, budynki mieszkalne. Leśnicy przekazali nam informację że drogi leśne są nieprzejezdne, bo cały las stoi w ogniu. Zdecydowaliśmy sie na jazdę do Wielenia i dalej szosą do Potrzebowic. Niestety dojechaliśmy tylko na wysokość Jarynia. Powietrze drgało od gorąca, silne zadymienie i ściana ognia (spalił nam się lakier na samochodzie) uniemożliwiły nam przebicie się tą drogą. Wróciliśmy na drogę leśną do Miałów która biegnie za linią kolejową. Po drodze wspomagaliśmy leśników. Ogrom pożaru mogłem dopiero ocenić podczas tankowania wody w Miałach. Początkowo myślałem że to chmury, ale był to dym na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych. Po zatankowaniu wody postanowiliśmy odblokować drogę do Potrzebowic, gdzie zostało odciętych przez ogień kilka jednostek straży pożarnej i policji. Działaliśmy w zorganizowanym szybko plutonie, trzy samochody pożarnicze, ciągnik i ludzie z łopatami. Podjechaliśmy tyłem do ściany ognia, aby w razie konieczności szybko się ewakuować. Asfalt był tak rozgrzany że zostawały ślady opon. Wygasiliśmy pas o szerokości około 50 metrów. Do akcji wkroczył ciągnik który oborał cały teren. W pewnym momencie w płomieniach pojawiły się samochody które przebijały się z Potrzebowic. Akcja która nie była skoordynowana, gdyż łączność nie działała od kilku godzin, przyniosła zamierzony efekt.

Korzystając z tego, że droga jest wolna przejechaliśmy do Wielenia aby uzupełnić paliwo. W tym miejscu na drodze z Potrzebowic do Miałów gdzie gasiliśmy, stoją dzisiaj wysokie drzewa które pomimo że ogień wracał tam kilka razy ocalały.

Gdy dojechaliśmy do Wielenia okazało się że panuje tu straszny zamęt. Mieszkańcy szykowali się na najgorsze. Zgłosiliśmy się do sztabu akcji i skierowano nas na posiłek i przesunięto do odwodu, bo byliśmy od godziny 8 rana cały czas w akcji licząc w tym inne zdarzenia.

Po pół godzinie skierowano nas jednak do Miałów gdzie paliły się zabudowania gospodarcze. W Miałach wyglądało jak we filmach wojennych. Ludzie wynosili dobytek z domów i koczowali na ulicach. Część mieszkańców opuściła wieś. Połowa załogi spała a druga połowa gasiła pożar zabudowań.

Około godziny 24 spadł ulewny deszcz który ugasił szalejący ogień. Ludzie klęczeli i płakali ze szczęścia. Burza okazała się zbawienna. W strugach deszczu dogaszaliśmy sągi drzewa. Około 4 rano wycofana nas z akcji.

Po powrocie do domu przekonałem się że moja Mama samochodem wywoziła ludzi z osad leśnych. Dom wyglądał jak wielki punk ewakuacyjny.

Godzina 8 rano. Poderwano nas kolejny raz do akcji. Dogaszanie zabudowań w Bęglewie oraz Wybudowaniu Wrzeszczyńskim. Usuwaliśmy powalone drzewa i pomagaliśmy przy pracach rozbiórkowych spalonych zabudowań.

Widziałem już niejedno ale tego nigdy nie zapomnę. Wtedy miałem 21 lat i ogrom ludzkiej tragedii został w mojej pamięci. W czasie akcji nie zdawałem sobie sprawy z rozmiaru tego pożaru. Widziałem teraz ludzi którzy stracili dorobek całego życia. Oddawaliśmy im nasze racje żywnościowe, moja mama rozdawała odzież. To była wielka tragedia, nie tylko dla środowiska ale przede wszystkim dla ludzi mieszkających w Puszczy.

Słyszałem głosy krytyki ze strony ludzi którzy nie zrobili nic aby pomóc leśnikom i strażakom. Nie chcę tu nikogo usprawiedliwiać ale pożar trwał tylko 8 godzin i rozprzestrzeniał się tak szybko, że nie można było podjąć żadnych zorganizowanych działań.

Dwa miesiące wcześniej to strażacy, leśnicy, policja, wojsko oraz rzesza ochotników ugasiła pożar 540 hektarów lasu który wybuchł niedaleko Miałów.

Wtedy w 1992 roku straż pożarna nie wyglądała tak jak dzisiaj.

Pozostali strażacy naszej jednostki brali udział w gaszeniu pożaru z załogami z innych miejscowości, byli przewodnikami i zmieniali zmęczonych kierowców. Organizowali grupy ludzi ze szpadlami tworząc linię obrony w okolicy ulicy Bęglewskiej i Dworcowej.

Okazało się że przyczyną pożaru były zaciśnięte szczęki hamulców przejeżdżającego pociągu.

Spłonęło 6 000 hektarów lasu.

Dzisiaj rośnie nowy las. Jeszcze młody, ale skala zagrożenia pożarem wcale nie zmalała. Jednak dzisiaj jesteśmy przygotowani o wiele lepiej do działań gaśniczych. Leśnicy stworzyli sieć monitorującą lasy i wykrywają pożary w zarodku. Działa baza leśna w której stacjonują samoloty gaśnicze które tego feralnego dnia nie mogły latać nad pożarem z powodu wysokiej temperatury.

Wszyscy mieszkańcy tych okolic powinni zrobić wszystko aby nie doszło po raz kolejny do tak wielkiej tragedii bo zbawienny deszcz drugi raz może nie spaść…

Z-ca Naczelnika Dembski Dominik
Wieleń 04-05-2007

Dziś rośnie już nowy las. Na tych zdjęciach w oddali widać korony starych drzew w osadach Potrzebowice, Zawada, Jaryń, które są żywą pozostałością po wielkim pożarze.


FILM Z POŻARU: